Tadeusz Gospodarek

home o_mnie publikacje dydaktyka felietony galerie

 

 

Trochę o sobie

Kim jestem?

Prawie wolnym człowiekiem, robiącym to co lubi. Pracuję z wybranymi, wtedy kiedy jest potrzeba i nie za wszelką cenę. Obecnie robię w nauce na etacie prawie świętej krowy. Prowadziłem onegdaj firmę o nazwie Instytut Funduszy Europejskich, ale zrozumiałem, że fundusze europejskie to nie jest taki miód, jak to media opisują i przestałem do tego namawiać. Okazało się dodatkowo, że to my dopłacamy do interesu, a dostajemy co najwyżej odsetki do zapłacenia.  Wybrałem tedy naukę, bo wydaje się, że tam jeszcze trochę niezależności zostało. Niestety w tej nauce to najczęściej udają, że płacą, więc większość pracowników udaje, że pracuje. Stąd kto może, to na boku kręci jakieś lody i tak to sobie ów model działa. Wszyscy muszą dorabiać zamiast zajmować się zasadniczymi kwestiami, twórczym myśleniem i samorozwojem. A jeszcze nowe trendy ministerialne, bolońskie, ramowe etc. wykładają coraz bardziej naukę na łopatki, co wkrótce spowoduje "taką piękną katastrofę" jaką tylko Grek Zorba potrafił zorganizować. Jeszcze tylko należy znieść habilitacje, a doktoraty zacząć rozdawać tak, jak się rozdaje stopnie magisterskie, zwłaszcza w różnych domach publicznych i mniej publicznych nauki. Ogólnie w nauce zapanowały trendy profestytucji, a zamiast studenta pojawił się klient. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że na naukę uważa się różne popierdółki społeczno polityczne, które udało się podnieść do kategorii "nauk społecznych". Stąd biorą się dziwni uczeni, którzy popychają różne sroły (tak to się ładnie po śląsku nazywa) bez możliwości udowodnienia swoich sądów, a falsyfikowalne nawet przez uczelnianego woźnego. Najgorsze, że potem tacy uczeni z Psiej Wólki nadają sobie i innym tytuły, stopnie naukowe i w ten to sposób chwast nauki polskiej pleni się obficie, a profesor (zwłaszcza ten z mediów głównego ścieku) został zglajszachtowany do poziomu profestytutki dzięki mediom, ględzeniu i dyrdymalizmie prac naukawych - byle zgodnych z linią polityczną. O skutkach nie trzeba zbyt dużo rozprawiać.

A na dodatek naszym umiłowanym przywódcom projektów naukowych na miarę światową się zamarzyło, ale kasę na te cele podzielono po zbójnicku, albowiem przy okazji tworzenia programów powstało kilka agencji rządowych, ileś tam etatów dla koleżeństwa, co to tymi pieniędzmi zarządzać mają i połowę z nich przeżerają. Zupełnie jak z każdą inną, niedźwiedzią przysługą państwa, które jeżeli "daje" 500, to równocześnie zabiera 700. Fakt pozostaje faktem, że gdy zostanie wyceniony projekt - dajmy na to, że nawet sensowny - to i tak najgorzej na tym wychodzi naukowiec, bo banda biurokratów wyssie z zapłaty większość budżetu, a podatki i opłaty na rzecz czarnej dziury dokonają reszty. Uczony w nagrodę dalej musi szukać środków na godne życie i toczyć walkę z biurokracją, sprawozdawczością i innymi bzdetami związanymi z rozliczaniem, zamiast po prostu zarobić przyzwoicie na grancie, który mu przyznano. On zgodnie z doktryną socrealistycznego państwa musi pozostać dziadem i pracować dla chwały najjaśniejszej. A przecież nauka to taki sam towar, jak każda inna usługa czy dobro materialne. Powinno się na tym zarabiać i  nie wstydzić tego, że za dobrą pracę należy się godziwa zapłata. Dlatego uważam, że wyłącznie komercjalizacja nauki prowadzi do uzdrowienia sytuacji, ale nie taka, jak to sobie wyobrażają nasi umiłowani przywódcy i kilku jego kauzyperdów, za to taka prawdziwa - tak jak to widzi fundusz inwestycyjny i biznesmen wykładający swoją, a nie cudzą kasę na stół. Bogactwo nie rodzi się z dotacji, o czym jeszcze nasza władzuchna nie wie, nie doczytała, albo nie chce wiedzieć.

 W zasadzie to całe życie szukam pracy lżejszej niż spanie, ale do dzisiaj mi się to nie udało. To zagadnienie nurtuje mnie jeszcze od czasów szkoły średniej, gdzie z kolegą zakładaliśmy PUR (Przedsiębiorstwo Unikania Roboty), hasłem którego było stwierdzenie: "unikając pracy – unikniesz wypadku". I tak ten model teoretyczny został mi w głowie - niestety w praktyce nie za bardzo się sprawdził. Prowadziłem zatem poszukiwania w uczelni – nie udało się, w sporcie – nie udało się, w biznesie – wcale się nie udało, wręcz przeciwnie – i ponownie w uczelni – znów się nie udaje. Gdzie popełniłem błędy nie wiem. W rezultacie musiałem napisać kilka książek, kilkadziesiąt wypracowań mniej lub bardziej istotnych. I zamiast porzucić pracę - piszę dalej, czego dowodem jest niniejsza witryna. Za to zostałem profesorem. Zapytacie po co? Żeby prawo Parkinsona zyskało kolejne potwierdzenie. W końcu w dowolnej organizacji każdy jej członek osiąga poziom niekompetencji, na którym już do końca życia pozostanie. I mnie się to właśnie udało. Osiągnąłem swój poziom niekompetencji. Ale nie poddaję się i dalej staram się pojąć, jak to wszystko wokoło działa, skoro nie działa. A kolejny rząd pakuje nas w socjalistyczne dziadostwo oparte na dotacjach, dopłatach, zasiłkach i rabunku tych co dobrze pracują. Dowiedziałem się za to, że ktoś kto zarządza i nie optymalizuje kosztów, podatków i relacji z państwem działa na szkodę swojej organizacji.

A teraz kilka słów na temat wypowiedzi Ronalda Reagana odnośnie funkcjonowania w Unii Europejskiej, co szczególnie dobrze widać w Polsce. "Jeżeli coś działa - to zbiurokratyzować i uregulować. Jeżeli nadal działa - to obłożyć podatkami. A jeżeli zaczyna upadać - to dać dopłaty i dotacje". Niegdyś jako wielki euroentuzjasta widziałem w Unii Europejskiej wzorzec na życie narodów. Dzisiaj po 12 latach bycia w tym socjalistycznym globalizmie, zaczynam dostrzegać więcej przeciw niż za. Formuła wsparcia dla Polski się wyczerpała i jeżeli ma mi się poprawić coś na starość, a moja koncepcja wykonywania pracy lżejszej niż spanie się ziściła, to z tej Unii należy teraz powoli się wymiksować. Nie chcę żeby robiono ze mnie idioty i decydowano gdzieś hen czy ja mam nie jeść krzywego ogórka lub upić się niekoszerną okowitą. Chcę więcej samostanowienia o sobie, a całą tą europejską pseudonadpiekuńczość i nadregulację biurokratyczną wysadzić w kosmos. Pewnie znów trzeba będzie ze dwóch pokoleń aby wyjść z tego matrixa, ale próbować trzeba. Jest nadzieja, że młode pokolenie w kolejnej edycji wyborów, za jakie 4 lata da popalić socjalistom - tym bardziej i tym mniej pobożnym. Póki co na kolejne dziesięciolecie naszej unijnej epopei proponuję cytat z A. Waligórskiego z cyklu Opowieści Babci Pimpusiowej:

"Chomik, zbierając plony, do swej norki ganiał,
A obok dobry niedźwiedź chomika ochraniał.
Potem zjadł mu te plony, wytarł łapą mordę,
Wydupcył biedne zwierzę i przypiął mu order."

Jestem jednakowoż dobrej myśli i z pomocą kochającej żony, która prowadzi bardzo pożyteczny serwis nylony.pl, grona przyjaciół oraz ludzi dobrej woli, może uda mi się zrealizować wkrótce mój cel i gdy tylko zechcę, będę leżeć gdzieś pod palmą albo jakimś urokliwym lodowcu ponad czasem i przestrzenią. Ot tak, jak to wynika z teorii potrzeb A.Maslowa - na końcu piramidy znajdują się potrzeby transcendencji. To jest właśnie ta filozofia przez duże F. O postępach będę informować na tej stronie…

 Co lubię?

Moja córka mówi, że leżeć (ale ostatnio dodaje pisać). Powinna jednak dodać, że najlepiej jest leżeć na śniegu gdzieś w okolicach Les 2 Alpes, Hintertux, Cortiny lub Zermatt, albo pod palmą, tak żeby można się było stoczyć do wody bez konieczności wstawania, i jeszcze żeby piwo przy basenie było zimne. Stąd to leżenie wymaga poważniejszej oprawy, aby poziom zadowolenia uznać za odpowiedni. Ogólnie najlepiej jest zimą wyjechać do ciepełka (jakoś dziwnie lubię Turcję i Turków, ale ostatno coś się tam pochrzaniło, to Hiszpania przypadła mi do gustu za sprawą Ryanair), a w maju lub czerwcu na narty, szczególnie polecam Tignes oraz wspomniane Les 2 Alpes, bo Austriacy ostatnio odwalają popelinę i nie zawsze potrafią przygotować trasy tak, jak to tygrysy lubią najbardziej. W dodatku socjalizm wkroczył na stoki i jakaś policja narciarska się pojawia i jechać na krechę nie pozwala, a to właśnie ich Franz Klammer uczył, że "skręcają tylko tchórze". Ale to tak, by żyło się lepiej wszystkim, a plany posypywania stoków piachem z solą stały się wkrótce podstawą debaty w Parlamencie Europejskim. Ta moja koncepcja urlopowa wygląda tak trochę na odwrót – ale proponuję sprawdzić eksperymentalnie te doświadczenia i dokonać prób falsyfikacji hipotezy, że jest fajnie. Ten model spędzania wolnego czasu całkiem dobrze działa. A najlepiej połączenie 7 dni na nartach w Les 2 Alpes + 7 dni w L'Estartit na Costa Brava w celach nurkowania w rezerwacie Medes Islands. Podobnież wygląda to w Szwajcarii.  Tu zawsze było drogo, a  teraz jest naprawdę drogo, a to jeszcze nie jest koniec możliwości, zwłaszcza jak Franek z Funtem do końca się wyrówna. Ale przysyłają mi oferty z St Moritz - przyjedź i zanocuj (1500 CHF za dobę dla 4), a windy będziesz mieć za darmo!! W dodatku oberminister okradł mnie znów w majestacie prawa i zabrał mi kwotę wolną od podatku. Szlag niech go trafi i jego interes. Muszę przez to bardziej się postarać i więcej zarobić, a przez to mniej czasu poświęcić kwestiom transcendencji.

Lubię wesołość i inteligentne dowcipy, stąd szczególna atencja dla twórczości Monty Python, A. Waligórskiego, B. Hrabala i innych wesołych duchem. Lubię klasyczną elegancję u kobiet, czar i romans (czyli wszystko to co rozpasany feminizm próbuje zniszczyć). Lubię sporty otwartych panoram i szybką jazdę odkrytym samochodem. Lubię gdy wokoło jest fajnie a ludzie są zadowoleni. Lubię profesjonalizm i dobrą robotę. Lubię logikę w działaniu i normalność (czyli odwrotność tego co Unia Europejska próbuje wynaturzonym prawodawstwem narzucić swoim wasalom). Lubię też przyrodę, zwłaszcza włóczenie się po różnych górach i dolinach. Będąc latem z rodziną pod samym Matterhornem doszedłem do wniosku, że górskie wędrówki z odrobiną luksusu (glacierexpress Matterhorn - genialny projekt Szwajcarów) to jest to i można się tym delektować A ze Szwajcarów należy brać przykład, jak to sprzedawać klientom nie zamartwiając się, że świstaki mogą doznawać poronienia gdy kolej linową z prawdziwego zdarzenia zobaczą. Podobnych wrażeń doświadczyłem też w Dolomitach, gdzie sposób udostępnienia tego raju dla ludzi powinien nakapać na głowy nieco światłości polskim ekoterrorystom.

W ubiegłym roku postanowiłem pokazać mojej córce Dolinę 5 Stawów. Dzisiaj to nie przelewki, a 27 km pieszej wędrówki i 700 m podejścia, co dla bardziej leniwych może być nie lada wyzwaniem. No to pojechaliśmy po 20 latach ponownie w Tatry. I cóż się okazało? Ano Górale powoli wyciągają wnioski i idą w dobrym kierunku. Biznes się kręci. Wind przybywa. Murzasichle oferuje komfort, baseny i porządną kuchnię, Zakopane oferuje tradycyjną wyprawę na Krupówki (niestety dawny szlak turystyczny Giewont-Morskie Oko - Wierchy - Watra utracił dziś na znaczeniu, bo nie ma już Giewontu, a Watra się spaliła, ale na szczęcie już ją odbudowano i znów leją piwko). Za to w górach trzeba być o 6 rano, a wówczas szlaki są dla ciebie. W sumie te nasze Tatry trzeba odwiedzić - przynajmniej raz w życiu, póki europejskie regulacje nie zakażą wchodzenia powyżej 1000 bez licencji skoczków spadochronowych do wody i wykupienia specjalnego ubezpieczenia od ryzyka zawrotu głowy. Nawet windą da się wjechać na świętą górę. Cena szwajcarska, ale o 8.00 jesteśmy wysoko i w miarę sami na szlaku.

Hobby

Podobno znam się na nartach, nurkowaniu i czymś tam jeszcze. Kiedyś, pisząc felietony u dobrodzieja redaktora J. Zielonackiego w „Sportowym Stylu”, miałem całkiem sympatyczne grono czytelników, ale z czasem, trzeba było zaprzestać popisów literackich i spoważnieć, albowiem leśne dziadki powinny pisać pamiętniki, a nie zajmować się sportem i innymi szaleństwami. Niestety w dowodzie osobistym prawdę napisali, którą jeszcze przez pewien czas uda się oszukać, albowiem dziadek świr jest z pewnością lepszy, niż dziadek ciamajda. W każdym razie w ramach hobby zostało mi siedzenie na necie i zajmowanie się filozofią. Poza tym, jak każdy duży chłopiec lubię auta - oczywiście te ładne, paliwożerne i szybkie. Dokładnie tak, jak to prezentuje J. Clarkson. Pasowałoby mi takie Maserati GT, Aston DB9, BMW i8, czy Porsche Carrera. Realia życia zmuszają jednak do pewnych ograniczeń. Zwłaszcza, że zachłanny fiskus ponownie karze społeczeństwo za głupotę przy urnie wyborczej i podnosi akcyzę bez umiaru. Haracz za dobre autko z poważniejszym silnikiem w dostępnej cenie jest już bardzo poważny. W każdym razie jakimiś tam furami się poruszałem i poruszam, a póki co, udaje mi się zachować czyste konto, pomimo ciężkiej nogi i 300 KM pod maską. Mam gdzieś hybrydy i inne energooszczędne popierdółki, które umiłowani przywódcy próbują promować. Auto ma mieć 8 garów, tylny napęd i żreć ile potrzebuje, a brutalna moc ma wynikać z pojemności i zaczynać się już na 1000 obrotów. Asfalt ma się wyrywać spod kół i tyle. A na drodze ma być jak w życiu, mało ograniczeń - więcej racjonalności i logiki. Durnota polskich przepisów drogowych przekroczyła już poziom unijnych i zaczyna być powodem zmniejszenia bezpieczeństwa, a nie jego zwiększenia. Nie ma już wolności i pola manewru. Są za to korki, fotradary, polowanie na kierowców i faszyzm drogowy. Państwo opresyjne zapewnia nam na tym odcinku pełny serwis głupoty urzędniczej.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wymienił w ramach hobby zajmowanie się własną żoną i jej ładnym wizerunkiem (a zwłaszcza aparycją). Po prostu inwestycja w elegancję i piękno daje mi dobre samopoczucie. Dlatego damska moda nie jest mi obca (ale ta w stylu glamour, a nie walczącej kołchoźnicy-feministki w podartych łachmanach). Po prostu jeśli chcesz mieć obok siebie kobietę, a nie łachmaniarę w połatanych portkach i workach zgodnych z tryndoma modowego pedalstwa, to musisz się wysilić i sięgnąć do klasyki oraz stylu glamour. Warto wrócić do źródeł i gonić precz uniseks, multikulti, gender i wszelkie lewackie durnoty. A od feminizmu i maoizmu uchowaj nas Panie i pozwól moim potomnym mieć styczność z prawdziwymi kobietami, a nie wytworami dyrektyw unijnych w sprawie płci kulturowych. Na pohybel durnocie raz jeszcze.

Lubię dyskusje filozoficzne, poznawanie nowych idei i dowodzenie sądów o faktach oparte na filozofii nauki oraz logice. To jest moment, w którym praca styka się z przyjemnością, a rozwiązywanie łamigłówek przechodzi czasami w dzieło. Jest ogromnym szczęściem gdy praca może przenikać się z hobby. Człowiek zyskuje wolność (chyba że musi pisać sprawozdania albo pracować w jakimś zespole, który wykonuje rzemiosło w imię realizacji projektu). W każdym razie nauka i poznanie zawsze będą fascynujące, no chyba że uprawia się grafomaństwo tekstowe na użytek władzy i mediów głównego ścieku, prezentując swoje gęby w bałwochwalczym dytyrambie sponsora. Dlatego Janusz Korwin Mikke i Stanisław Michalkiewicz są naszym dobrem narodowym oraz ostoją racjonalności, a ściekowe media patriotyczne i te lewackie na pasku obcego kapitału będą chylić się ku niechybnemu upadkowi.

W brydżyka też coś by się tam połupało, a i w szachy w dobrym towarzystwie dało by radę. Ale na pytanie czy lubię grać na fortepianie - odpowiadam: nie, bo karty się ślizgają, pomimo usilnych i niezbyt owocnych prób zagrania poloneza As-Dur gdzieś w odległej przeszłości. Za to zostało zamiłowanie do słuchania dobrej muzyki. Dobry sprzęt (zwłaszcza te polskie, rzemieślnicze Harpie, co leją jak chcą w odsłuchu najlepsze high-endy z marketów) i technologia flac pozwalają na osiągnięcie zadowalających efektów sprawiających radość ze słuchania zarówno klasyki, jak i tej rockowej.

Jeśli chodzi o sporty ekstremalne typu golf, wędkarstwo i cricket to nie udało mi się znaleźć wystarczająco dużej dawki adrenaliny, aby poddać się tym przyjemnością. Ale może gdyby ktoś lepiej to zaprezentował, a i jakimś koniaczkiem podparł, to można by spróbować. Na lotni też nie znalazłem tego, co tygrysy lubią najbardziej. Podobnież bardzo lubię patrzeć na biegaczy narciarskich, ale zajmę się tuż po 80-tych urodzinach. Chwilowo wolę windą na górę i na łeb, na szyję w dół - chociaż może już trochę wolniej niż kiedyś. Zaczynam za to doceniać jachting. To jest jeszcze kawałek swobody i szczególna forma sportów otwartych panoram.   

Poglądy

Pragmatyka jest tym co zawsze prowadzi do celu. Jednak co najważniejsze, kobieta powinna wyglądać, jak kobieta i być kobietą, a facet do niej pasować i mieć jaja. Podoba mi się korwinowe stwierdzenie, że "kobieta powinna mieć prawo do bogatego męża". Móc sprawiać żonie przyjemność w zamian za jej kobiecość i wolę wspólnego pędzenia życia zgodnie z zasadami, które wynieśliśmy z naszych domów i tradycji, a nie z obowiązującego relatywizmu moralnego według unijnej biurokracji, to jest przyjemność. Popieram dymorfizm płciowy i gardzę płcią społeczno-kulturową, genderyzmem oraz multi-kulti. Popieram piękno naturalnej kobiety. Mam gdzieś fanfaronady mniejszości takich czy innych popaprańców, gloryfikowane przez politycznie poprawny ściek medialny i różne lobbystyczne grupy nacisku. Mam gdzieś unijną urawniłowkę i socrealizm. Chcę pozostać w kwestiach relacji społecznych i modelu rodziny na pozycjach konserwatynych. Dlatgo protestuję przeciwko szmatławej modzie, pseudoprezenterkom mody w połatanych jeansach i drelichach, obsługujących podrzędne eventy z obcej narodowo TV. Jestem przeciwko tandecie i brzydocie codziennie oglądanej na ulicy i marketach. Nie znoszę ordynarnych studentek wyglądających na wojskowe kuchty, zgodnie z najnowszymi trendami feministycznej „mody” i posługujących się językiem plugawym, zwłaszcza gdy przychodzą na egzamin.

 Jest mi szczególnie przykro patrzeć na brak szacunku dla profesorów ze strony wyluzowanej młodzieży, która przez roszczeniowy stosunek do życia stroni od parcia na wiedzę. Ale cóż, sami na to zapracowaliśmy, pauperyzując naukę i  wysyłając do mediów pawiany nauki profesorami tytułowane, wtykając w ich gęby poprawne politycznie głupoty na poplątanie w głowach bezmózgim wyborcom, co to szukają żony dla rolnika lub tańcują z figurami w kisielu. Zwłaszcza te karykatury nauki, które próbują forsować niedowodliwe hypertezy z politologii, socjologii, genderu i innych sztuk mało pięknych,  na użytek jakiejś grupy nacisku lub interesu ze szczególnym uwzględnieniem władzuchny. Ot takie sprzedajne profestytutki, którym wyprano mózgi i za czapkę śliwek zrobiono ważnymi ekspertami na użytek systemu. Ja uważam, że jako naukowiec  jestem i muszę być obiektywny i szukać tego obiektywizmu, a oceniając wiedzę nie mogę kierować się niczym innym, jak tylko wiedzą i impertywem kategorycznym. Jestem profesjonalistą w tym co robię i tak musi już być. Cenię sobie swoją niezależność sądów i dążenie do prawdy, walcząc z głupotą powszechną nas wszystkich otaczającą. Ale można powiedzieć, jakie uczelnie, tacy studenci. W każdym razie brak filozofii i logiki w siatkach godzin skutkuje poważnymi lukami w myśleniu, a hypertekst, manuale i ramy kwalifikacji nie prowadzą do zgłębiania wiedzy. Każdy bałwan może zostać wypromowany - byle czyjś interes był zaspokojony, a kasa się zgadzała. Efektywność kształcenia podporządkowana rachunkowi ekonomicznemu nie prowadzi do wzrostu poziomu nauki. Egalitaryzm kształcenia staje się jego wrogiem. Dlatego potrzeby poznania wśród studentów zanikają na rzecz zdobywania punktów ECTS i ścisłego czynienia zadość ramom kwalifikacji przez największych bałwanów na roku. Etykiety i obyczaju na tym poziomie kształcenia też już nikogo nie nauczymy. I dlatego powracając do kwestii pań, tylko oryginalne pończochy nas uratują. Powrót do źródeł. Powrót do lat 50-tych i ponowna ewolucja ale już bez błędów i wypaczeń. Elegancja generuje obyczaje. A te coraz bardziej podleją. Ot co! 

Cenię tych, którzy mają własne zdanie - nawet badzo różne od mojego, ale potrafią to uzasadnić i bronić swojej prawdy. Nie lubię chamstwa i ordynarności, zwłaszcza w życiu codziennym. Drażni mnie słabość polskich władz i struktur państwowych, prowadząca do utrudnień w normalnym funkcjonowaniu człowieka i biznesu. Stwierdzam, że moje podatki idą na marne i to od 30 lat, ale podłożenie bomby atomowej pod struktury biurokratyczne naszego państwa i tak niczego nie rozwiąże, bo unijne procedury oraz wypichcone naprędce regulacje pozostaną na wieki. Nie chcę być rozpoznawany jako psychokatol z zadupia Europy ale również nie chcę już być euroentuzjastą, przyjmującym bezmyślnie każdą nową koncepcję brukselską. Niestety ostatnie wyczyny unijnych polityków cofają moje poparcie dla dalszej integracji. Teraz trzeba postawić tamę eurogłupocie i wpieprzaniu się państwa do mojej rodziny. Dość okradania klasy średniej w majestacie wykrzywionego prawa. Dość mówienia mi co wolno, a co nie i pod pozorem bezpieczeństwa tworzyć w Polsce faszyzm gospodarczy wyrażany przez represyjność i opresyjność władz wszelakich wobec przedsiębiorcy. Podatki są złem, zwłaszcza gdy się je marnotrawi tak wspaniale, jak to tylko u nas potrafią, a państwo które okrada swoją klasę średnią jest organizacją przestępczą i klasycznym, leninowskim aparatem ucisku. Kiedyś za to zapłaci.

Jestem Wrocławianinem i mój heimatland to też część Europy, ale tej dobrze rozumianej. Dlatego przed każdą siłą oferującą sensowny program, różny jednak od rozpasanej demokracji socjalistycznej oraz idei sprzecznych z podstawowymi prawami ekonomii oraz natury stoi wielka szansa - wygrać takich, jak ja, oprzeć się na zdrowym rozsądku i racjonalności. Myślę, że jest nas wielu. A jak się komuś moje poglądy nie podobają - niechaj napisze własne, a inni niech je oceniają. Miejmy zawsze pełną świadomość faktu, że: wartość nasza nie jest taka, jak sobie to wyobrażamy, ale taka, jak to widzą inni. Więc się nie specjalnie obawiam, bo twardo stoję na nogach rzeczywistości. A umiłowana władzuchna za cztery lata zostanie spuszczona do szamba historii.

Polityka

Byłem kiedyś zaangażowany w politykę. Ale jak mi wyborcy dali kopa, to zatrzymałem się gdzieś w zalesionej okolicy i stwierdziłem – ta zabawa coś dla ciebie nie jest fajna ani zdrowa – spadaj stąd i szybko wracaj do swojego Pacanowa. Ale co materiału do felietonów nazbierałem, to nazbierałem. Jakie bagno widziałem, takie widziałem. Ilu ludzi, którzy wydawali się wówczas kryształowi,  z chwilą zmiany władzy się zeświniło, to autobusu by zabrakło. Nie - polityka jest dla innych ludzi. Ja wysiadam-chcę być filozofem. Co ciekawe, od tamtego czasu jest tylko gorzej. Brniemy jako kraj w eurobagno, a obywatele są coraz bardziej okradani przez kolejne rządy. Wydawało się, że ten przedostatni, to już przeszedł samego siebie i nawet moje wnuki okradł i to bez żadnej krempacji. Niestety, ten obecny jeszcze go pobił i ma szanse na "taką piękną katastrofę" gospodarczą. Najgorsze, że ta cała sitwa trzymających władzę nie rozumie, nie zna i nie chce stosować zasad ekonomii, nie widzi porażek i sukcesów u sąsiadów. Nie dostrzega, że HongKong, Singapur ze swoimi zdrowymi zasadami ekonomicznymi kwitną, a eurosocjalizm ma coraz większe problemy. Niedawno Rumuni pokazali co można osiągnąć przez drastyczne obniżenie podatków. A teraz Słowacy i Czesi śmieją się z nas i przyjmują do siebie nasze firmy. Zasada przyświecająca władzy - "po nas to choćby potop" stanowi naczelną wartość rządzących. Nachapać się w 4 lata, złupić frajerów, a potem niech się martwią następni. Zostawimy im lotnisko. Podpiszemy konwencję klimatyczną, oddamy Żydom wszystko czego zapragną, a Unii Europejskiej jeszcze więcej i będzie na salonach elegancko. Ale zapłacimy za to my - społeczeństwo i ani nie kwikniemy. Medale dostaną wybrańcy. Socjalizm zwycięży! To działa tak jak w starej przypowieści:

Mamy dla was beczkę wódki - ale do zapłacenia.

Ja sam zapłacę - ale z waszych składek! 

 

W rezultacie zamiast obniżać podatki, a zwłaszcza nie karać PIT-em za dobrą pracę, podnosimy koszty pracy i patrzymy co z tego wyniknie. Jakieś tam pozorowane działania na stopach procentowych mają niby pobudzać popyt. Rozdajemy dotacje i zasiłki z kredytu. Ale tak można robić w warunkach równowagi, a nie w warunkach gonienia zadłużenia państwa. Kolejne pokolenie stracone, a jego dzieci wyjechane w świat. Kogo dzisiaj popieram? Poważnego ekonomistę na premiera i rząd ponadpartyjny. Przestać finansować partie polityczne i obłożyć ich działalność podatkiem dochodowym od składek i wszelkich wpływów. Jak równo, to równo. Przestać wybierać partie - zacząć wybierać fachowców. Przynajmniej wiedzieliby jak z tego błędnego koła eurosocjalu wyjść. A gdyby tak w Sejmie było 200 typa i zero Senatu? Silny prezydent i wyraźny rozdział władzy, uwzględniający dzieło Bastiata. A przede wszystkim wara od wolności w Internecie - zniszczyć idee ACTA, nie poddać się naciskom TTIP, a łapówkarzy lobbystów, stojących za podobnymi inicjatywami do obozów pracy zamknąć. Aferzystów wszelkiej maści wyłapać i napiętnować publicznie i do kamieniołomów na reedukację, a nie utrzymywać ich za nasze podatki. Koncerny farmaceutyczne i medialne znacjonalizować i zaorać. To co się ostatnio w polityce wyrabiało i wyrabia, to już przechodzi wyobrażenia Monty Pythona. Jak się naród okrada, jakie wały się robi, jak się przepycha się ustawy i nasism szerzy, o tym nawet się już pisać nie chce. Moją główną ideą jest uwolnić narodowość oraz racjonalizm. A na podsumowanie działalności tego picu z funduszami, wsparciem, dotacją i podparciem europejskim - kolejna bajeczka babci pimpusiowej.

 

Zrobił wilk elektrownię, lecz by prąd uzyskać

Spalał w niej cały węgiel z kopalni od liska.

Kopalnia z elektrowni cały prąd zżerała,

Stąd brak światła i węgla. Ale system działa!

 

Tak to właśnie działają fundusze, dotacje i wszelakie, pozorowane wsparcie, na które państwo łupi mnie i Polaków, gnębiąc podatkami, powodującymi że praca staje się luksusem dla przedsiębiorcy, a ZUS wrogiem publicznym i symbolem złodziejstwa oraz nieudolności państwa. Wszystko co państwowe okazuje się nieefektywne, nieruchawe, niewydolne za to drogie. Moje 10 z górą lat pracy nad wnioskami do różnych funduszy wskazuje, że lepiej dać ludziom do ręki kasę, a te inwestycje w pomniki świetlanej władzy (centra muzyczne, stadiony, etc.) zostawić sponsorom, którzy mają nadmiar środków i chcą je upłynnić. Niestety,  jest to politycznie poprawne aby pozwalać żerować na produkcyjnej części gospodarki naszej rozbuchanej i rozbisurmanionej biurokracji oraz coraz bardziej zachłannej hydrze klasy politycznej, która rozdaje nie swój majątek, zwłaszcza przed kolejnymi wyborami. Takie państwo musi prędzej, czy później upaść, a systemowy marketing polityczny w końcu zostanie zweryfikowany i rozliczony przez społeczeństwo w kolejnej rewolucji. Jak to powiedziała Margaret Tatcher "socjalistom prędzej, czy później kończą się cudze pieniądze". Czas przestać się przymilać zachodnim korporacjom. Obniżmy podatki, to sami tu przyjdą i jeszcze zapłacą za możliwość prowadzenia zyskownego biznesu. Umiłowani przywódcy, z zwłaszcza oberminister nie za bardzo zrozumiał, że 99,8% firm w Polsce to sektor MSP i że zamiast wspierać 0,2% obcych i tworzyć dla nich wygodne prawo należy zmienić oriantację. Państwo to nie jest bank, gdzie najważniejszym jest transfer, dźwignia i jeleń złapany na kredyt. Państwo ma bezpiecznie wypracowywać dochód do dyspozycji, a nie martwić się o PKB. To mówi racjonalna ekonomia - ta dla obywatela.

 

Kultura

Nijak nie kapuję współczesnego dramatu ani muzyki poważnej. Malarstwo też skończyło się w ubiegłym stuleciu. Disco polo mi nie leży, a żałosna telewizja polska z całą plejadą białych karłów i powiatowych "iwentów" pozwala ze spolkojem wyrzucić tuner TV na złom (monitor komputerowy i Internet wystarczy w zupełności - czyli Ipad). A już pokazywanie jakichś sitcomowych pindzi i robienie z nich celebrytek, wkładając w ich ptasie móżdźki "głębokie kwestie" przekracza moje wyobrażenie o kulturze. Skoro dobrze tańczy, niech rusza tyłkiem, ale niekoniecznie wypowiada się w przypływie egzaltacji na tematy, których nie za bardzo gryzie. Ale skoro naród chce oglądać durnowate panienki i ich metroseksualnych gogusiów w roli ekspertów od budowy systemów rakietowych, to ja wysiadam i składam protest wyłączając TV z urządzeń domowych. Teraz mam monitor i wybór. Polska to wolny kraj, ale zapanowała w nim socjalna demokracja (czyli rządy mniejszości nad stadem baranów). A sprzedajni pismacy i redakcje będą robić to, co się najlepiej sprzedaje, bo przyjdzie klient głupi i kupi. Po prostu powstaje ściek medialny, a jedynym hasłem sensownym staje się "wyłącz telewizor - włącz myślenie" - radio już dawno nie działa. Ja tego szamba pseudokulturalnego nie kupuję, ale chyba jestem odmieńcem, widząc wyniki wyborów. Na szczęście i tak swoje wiem. Jestem  wrogiem wszelkich publicznych mediów za moje pieniądze, zwłaszcza że w imię istnienia tych gniotów próbuje się na mnie nałożyć kolejną daninę. Dość już tego - trzeba się sprzeciwić. Tą całą misję, którą to szambo medialne oferuje za miliardy z naszych podatków należy w końcu zaorać. Niech rolnik co szuka żony robi to tak, jak w książkach piszą, a nie na pokaz w durnowatym serialu z opłatą licencyjną obcemu kapitałowi. Tą całą ekipę darmozjadów z KRRiTV wraz z ZAIKS i podobnymi hubami kultury należy wydziedziczyć i wysłać na Księżyc, albo jeszcze dalej.

Ale żeby nie mieszać kultury z polityką, należy podać co moim zdaniem warto oglądać lub Najlepszy film – „The Quest for the Holy Grail” znanej trupy Monty Python, a zaraz po nim “The Meaning of Life” z tejże stajni. Z polskich produkcji najbardziej cenię “Superprodukcję” Machulskiego. W zasadzie opisuje on wszystko co w narodowej kulturze piszczy. Najlepszy spektakl z ostatnich okresów, który oglądałem – „Śmierć podatnika” grana w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Najlepszą muzykę grali/grają: Pink Floyd, Guns’n Roses, Bon Jovi, Cold Play i jeszcze tysiąc innych. Najlepszy pisarz – Bohumil Hrabal. A poza tym, to kotlet schabowy z kapustą, jak na porządnego gospodarza (mieszkam niedaleko sołtysa) przystało. Niestety oferta kulturalna dla społeczeństwa odzwierciedla mizerię ekonomiczną narodu w znacznie bardziej jaskrawy sposób. Pokolenie "head down", karmione sitcomami, big brotherem, rolnikiem co szuka żony i festiwalem w Sopocie daleko nie odbije od modelu idealnego konsumenta i durnego wyborcy jedynej słusznej opcji. Grunt to reklama, marketing, lans - byle się sprzedawało. Wzorce kulturowe szlachetnego świata powoli przemijają. Kultura wyższego rzędu upada. Książka też się zepsiła. Na półkach księgarskich durnowate wynurzenia kucharek i półgłówków celebrytów. Na płytach disco-polo i beztalencia z lansu TV. Ale pozostała jeszcze klasyka, więc jakoś damy sobie radę.

Muszę jednak podzielić się tym, co udało mi się odkryć, głównie dzięki mojej żonie. To są prawdziwi poeci piosenki, których nikt nie prosi do ściekowych mediów od big brothera. Poznałem twórczość Piotra Bukartyka, Marka Tercza, Krzysztofa Myszkowskiego. To oni bronią naszej kultury śpiewanej. To oni walczą o byt i nie poddają się tendetnej szmirze festiwalów dla tłuszczy. Niestety zbyt mało ludzi może ich słuchać. A szkoda, bo takie treści powinny stanowić misję naszej ukochanej telewizorni.

Kiedyś kultura była sponsorowana przez jej mecenasów. Dzisiaj domaga się udziału w PKB. Czy tak ma być? Kultura da sobie radę, o ile zaoferuje produkt, który społeczeństwo kupi. Ale chwilowo to ta tzw. wysoka kultura tworzy dla samej siebie i nie widzę żadnych powodów dlaczego z moich podatków ma być finansowana potężna infrastruktura oraz projekty, które jakiś urzędniczyna sobie wymyślił i będzie mieć działkę z wdrożenia choćby najbardziej absurdalnej instalacji, czy wydarzenia. Mieliśmy już koncert lekko znieświeżonej Madonny sfinansowany z naszych pieniędzy, a co gorzej z pieniędzy zabranych na inne cele. Pan prezydent Wrocławia zbudował sobie pomnik w postaci centrum muzyki też z naszych pieniędzy. A że miasto popadło w kosmiczne długi - to zamiast konopnego sznura, medal mu się należy. I tak to sobie kultura stanowi tło dla marnotrawienia publicznych pieniędzy i robienia wałów, a prawdziwi twórcy, podobnie jak naukowcy mogą tylko się poprzyglądać przepływom pieniędzy.

 

Moda

Z racji prowadzenia przez moją małżonkę szlachetnego e-biznesu o nazwie www.nylony.pl, w którym pogardzany jest jeans i casual wear (czyli worki na kartofle i końskie derki przerobione na modne ciuchy, nagminnie spotykane na ulicy i modnych sklepach), moje poglądy są bardziej niż konserwatywne. Zwiewna sukienka na ulicy zaczyna budzić sensację. Ot do czego doszło wskutek działania korporacji i lewackiej indoktrynacji. W zasadzie lata 50-te ubiegłego stulecia i początek lat sześćdziesiątych zatrzymały moje wyobrażenia o elegancji. No może styl glamour pozostający w odwrocie, wyłamuje się z tego kanonu. Tak mi już zostało i jest mi z tym dobrze. Kobieta bez pończoch, to jak kot bez sierści. A reszta stanowi jedynie konsekwencję pierwszego. Albowiem pończochy, to bielizna, bielizna to pasowna spódnica lub sukienka, sukienka to ładne buty, torebka, makijaż itd. I co? Samo się ułożyło i będzie wzrok cieszyć zawsze i wszędzie. Facet zaś, musi pasować do pięknie wyglądającej partnerki i to wszystko w temacie. A kobiety lubią, gdy on wygląda niekoniecznie przez okno, ale szykownie i dba o siebie przynajmniej w ograniczonym zakresie. Ale ponieważ dzisiaj mamy parcie na modę unisex, oraz multiworek, to tłum na ulicy wygląda jak ekipa z budowy Bajkalsko-Amurskiej Magistrali zwłaszcza, gdy podarte jeansy sprzedaje się frajerom jako szczyt elegancji. Brakuje tylko walonków i kazionnych kufajek. Ale gdy przyjdzie zima, to jest nadzieja, że studentki znów przyjdą na zajęcia wystrojone w worki jutowe i ekologiczne kufajki, a ich partnerzy odróżniać się będą jedynie większym niedbalstwem. Ale co tam, wapniaka do gazu i tyle. Świat pędzi do przodu i zawracanie kijem Wisły nikomu nie wyjdzie na dobre. Ale ja mogę i chcę sobie tutaj poględzić i wystawić środkowy palec obecnym kreatorom i kreaturom mody, a zwłaszcza feministycznej koncepcji równości aparycji. W dodatku podpisując się pod tym z imienia i nazwiska. Mam to w d... 

 Miscellanea

Profesor też lubi wypić! (To hasło chętnie bym sprzedał jakiejś, smacznej marce, wspierającej alkoholizm, ku uciesze publiczności i udawanemu oburzeniu pseudoetyków od politylki). Sie trochę w życiu spróbowało.  Najlepszym alkoholem okazał się być Martell (a najlepiej ten w wersji VSOP ale nie na polski rynek). Zaraz potem Gautier XO. Ale nie  jest też zły Torres 10 (za 30% ceny dwóch powyższych). Wina – najlepiej z RPA a wśród nich absolutny hit - Nederburg Edelrod i Cabernet Sauvignon z tejże stajni. Ale również Faustino VII z Rijoja i dobre Bordeaux są nie do pogardzenia. W winach białych Riesling Moselski, Reński i Alzacki. Ale też Chardonnay da się wypić.  Piwko - najlpiej Kulmbacher, Krombacher i Erdinger. We Francji dobrze smakuje Kronenburg 1664 (ale tylko tam) i po powrocie z nart. Jest też Zlaty Bażant z Hurbanowa i Budweiser (ten z Czeskich Budziejowic, bo ten mocno reklamowany z USA to mocz pawiana). Gdyby tak prowadzić ranking internetowy jakości, to z pewnością moje wybory mieściłby się w kategorii poniżej średniej europejskiej - ale na wkus i cwiet towariszcza niet, jak mawiają sąsiedzi. Oczywiście jako reprezentant klasy - powiedzmy - średniej, nie mam wyszukanych wymagań i aspiracji do wyższej półki. Ale taniość ma być, już mi nie leży. Niegdyś pijało się Sofia Mielnik i było dobrze. Ale to z czasem przeszło i nie ma się czego wstydzić. Chociaż, gdy mnie odwiedził pewien zacny Francuz i zakosztował tej bułgarskiej pyszności, to przez grzeczność udawał, że on nie jest pijący. Na szczęście gdzieś tam się zreflektowałem i nieco wstydu najadłem. Okazało się, że cena to nie wszystko. To nie jest tak, jak w piosence Bukartyka "Wino proste musi być". W każdym razie polecam moje wybory, komitet antyalkoholowy to nie moja konkurencja, ale dzielnie wspieram walkę z alkoholizmem i zrujnowany budżet kraju płacąc podatek od każdej wypitej butelki.

Mam też pewną obsesję w kwestii knajp. Im bardziej elegancka, tym dalej ode mnie. Lubię dobre, polskie jedzenie. A gdy na talerzu pojawia się pół ziemniaczka, befsztyczek, którego z lupą trzeba szukać i jakieś ozdóbki, to takie miejsce odwiedzam dwa razy w życiu: "pierwszy i ostatni". Jest u mnie na wsi taka gospoda, którą pani Gessler wraz z telewizją dla idiotów nawiedziła i zrobili właścicielowi wodę z mózgu jakimiś ukraińskimi fanaberiami (nawet piwo mieli z Ukrainy, jakby na rynku polskiego, znacznie lepszego nie było). Przepowiadałem wówczas szybki upadek tego wynalazku i na szczęście długo to nie potrwało, żeby ów misterny biznes plan padł. W końcu splajtowali ku chwale dobrej, polskiej kuchni i pies z kulawą nogą po nich nie płacze. Polecam w tej kwestii rewizję poglądów w kierunku - dobre bo polskie i po polsku podane. A tym, którzy muszą odżywiać się ośmiorniczkami i podobnymi duperszwancami - na pohybel.   

Co w sumie mam do powiedzenia?

Po latach zmagań z bezmyślnością studentów, durnotą urzędników, głupotą polskiego prawa (zwłaszcza gospodarczego i podatkowego) oraz brakiem logiki w życiu codziennym, doszedłem do wniosku, że: jedyne co jest i pozostanie bezgraniczne  a przy tym uniwersalne na wieki - to głupota ludzka. Na to nie ma to ani antidotum ani remedium. Lata działalności biznesowej i nauczania akademickiego, nauczyły mnie, że nikogo, niczego nie nauczę. Więc mogę sobie spokojnie pisać co zechcę: o teorii zarządzania, o filozofii nauki, o poglądach na modę i wielu innych kwestiach, które i tak świata nie zmienią, przyjaciół mi niekoniecznie zjednają, a i zysków wymiernych nie przyniosą.  Ale może przynajmniej kogoś rozweselą. Albowiem może być siermiężnie, ale niech będzie przynajmniej wesoło.

A teraz zupełnie poważnie 

Rzecz o wiedzy i jej znaczeniu w życiu. Poniżej kilka cytatów tytułem wstępu.

-       Mądrość to najrzadszy towar świata [Mahabharata].

-       Biedny jest tylko ten, kto nie ma wiedzy. [Talmud]

-       Ludzie z natury dobrzy pragną wiedzy. [L. da Vinci]

-       Wiedza to władza. Ale niewiedza, niestety, nie oznacza jeszcze braku władzy. [N. Bohr]

-       Wielka wiedza czyni skromnym, mała wiedza czyni zarozumiałym. [E. Caldwell]

-       Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne. Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe. [A. Einstein]

 Wiedza i tylko wiedza się liczy. Zawsze w życiu towarzyszyła mi wiedza i to ona stała się w ostatecznym rozrachunku celem mojego życia. Wyrwać cząstkę prawdy z chaosu. Znaleźć jakąś strukturę, jakąś syntezę. Dzisiaj jestem dumny z faktu, że Wrocławska Szkoła Bankowa przyjęła mnie do grona swoich profesorów. Chcę udowodnić, że nie tylko wielkie uniwersytety i nie tylko gigantyczne ośrodki naukowe są w stanie tworzyć prawdziwą wiedzę. Dzięki Internetowi, sprzyjającej atmosferze, bez agencji rządowych, NCN-ów, NCBR-ów, etc. oraz minimalnemu dofinansowaniu można osiągnąć sukces naukowy, bez ministerialnego wsparcia. Trzeba tylko chcieć i dwa razy ciężej pracować. Przy tym można przysłużyć się studentom, tym prawdziwym, którzy muszą zapłacić nie tylko pieniądzem ale również czasem wolnym, oferując wiedzę na poziomie, którego nie muszę się wstydzić.

Dobry wykład, to tak jak dobry spektakl, wymaga dużego nakładu pracy, wiedzy i talentu, jeżeli ma być wysoko oceniony. Dzisiejszy standard to multimedialna prezentacja lub film. To znacznie więcej niż tradycyjna gawęda. To jest show jednego aktora, który jednocześnie musi być reżyserem, scenografem oraz komputerowcem, żeby wykorzystać wszystko, co współczesna komunikacja interaktywna może zaoferować, oddziałując na wzrok i słuch poprzez obraz ruchomy, animacje oraz plakat. To czynię dla moich studentów. To jest moim imperatywem - dać jakość wiedzy tym, którzy chcą słuchać. A oni swoją obecnością utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto było po raz kolejny zaprzęgać komputery i obciążać sieć.

Uczyłem się od wybitnych wrocławskich profesorów, zwłaszcza tych z lwowskim rodowodem. Chciałbym kiedyś dorównać im i zasłużyć sobie na taki szacunek, jakim niegdyś ich darzyłem ja i studenci. A droga jest jedna, przez wiedzę i doskonałość. Reszta to tylko ulotny pył.

 

I tak oto dobrnęliśmy do końca charakterystyki osobniczej…

 
 

 

Ostatnia aktualizacja:12-11-2017

Copyright © Tadeusz Gospodarek